|
Dawna siedziba wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego była w sobotę, 3 października 2009 miejscem uroczystej inauguracji nowego połączenia autokarowego, przygotowanego przez Państwowe Przedsiębiorstwo Komunikacji Samochodowej w Warszawie we współpracy z Muzeum Zamkowym w Malborku. „Express Zamkowy” – bo taką nazwą ochrzczono linię – ma ułatwić mieszkańcom stolicy oraz turystom zagranicznym bezpośredni, komfortowy (autobusami Scania Irizar), a przy tym stosunkowo niedrogi dojazd i zwiedzanie największego gotyckiego zespołu zamkowego na świecie. 
Harmonogram jazdy „Expressu Zamkowego”, przetestowany na dziennikarzach podczas inauguracyjnego kursu, wygląda następująco: 06.30 – wyjazd z dworca autobusowego Warszawa Zachodnia (w trakcie podróży emisja filmu o Muzeum Zamkowym w Malborku), 11.00 – przyjazd do Zamku, 11.00 – 15.30 – zwiedzanie Zamku, 15.30 – wyjazd z Malborka, 20.00 – przyjazd do Warszawy. 
Bilety w cenie 46 zł kupić można w kasach biletów PPKS Warszawa na dworcach autobusowych Warszawa Zachodnia, Warszawa Stadion, Nowy Dwór Mazowiecki i Piaseczno lub poprzez stronę internetową www.pksbilety.pl. Tam też można dowiedzieć się o kolejnych terminach wyjazdów „Expressu Zamkowego”. 
Pod umową rozpoczynającą współpracę swoje podpisy złożyli; ze strony Muzeum Zamkowego – wicedyrektor Beata Stawarska (na zdjęciu pierwsza z prawej), ze strony PPKS Warszawa – pełnomocnik zarządu Marian Krakowski (w środku). Warto podkreślić, że – niezależnie od „ekspresowej” inicjatywy – warszawski przewoźnik dwa miesiące temu wydłużył rejsową linię Warszawa – Grudziądz o odcinek do Malborka, natomiast począwszy od 4 października br. autobusy tej relacji kończyć będą swój bieg nie – jak dotychczas – na dworcu autobusowym lecz przy zamku. Gwarantuje to drugie z porozumień podpisanych w minioną sobotę między PPKS Warszawa, a władzami Malborka. Dla niżej podpisanego uczestnictwo w inauguracji „Expressu Zamkowego” stało się także okazją do obejrzenia malborskiej twierdzy po kilkunastu latach od ostatniego pobytu. Nie zmarnowałem tej szansy lecz skłamałbym deklarując wyłącznie pozytywne refleksje po kilkugodzinnej wędrówce z przewodnikiem. 








Zacznijmy jednak od tych pozytywnych. Osobom zwiedzającym Malbork udostępniono zdecydowanie więcej zamkowych obiektów, w dodatku – odrestaurowanych wyjątkowo starannie i z dbałością o zgodność z historycznym pierwowzorem. Godny szczególnego polecenia jest tutaj Wielki Refektarz na Zamku Średnim – największa sala recepcyjna malborskiej warowni, gdzie wielcy mistrzowie podejmowali gości z całej Europy. Renowacja tej sali oraz całego Zamku Średniego była możliwa dzięki znaczącemu wsparciu zza granicy lecz – wbrew obiegowym opiniom – nie Unia Europejska lub Niemcy są tu głównym sponsorem. Spośród 17 mln euro wydanych dotychczas na powyższe przedsięwzięcie, 40 proc. stanowią środki polskie, natomiast reszta pochodzi z tzw. Funduszu Norweskiego, tj. Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego. Oprócz Norwegii, fundusz ten zasilają Islandia i Lichtenstein. Jest nadzieja, że ten sam Fundusz przyczyni się do odbudowy Kościoła Najświętszej Maryi Panny na Zamku Wysokim. Nie podoba mi się natomiast jednoznacznie tendencyjny, proniemiecki sposób obecnego przedstawiania historii malborskiej warowni, zarówno w opowieściach przewodników, jak i w doborze eksponatów, treści wydawnictw oraz charakterze organizowanych na zamku wystaw. I rzecz tutaj bynajmniej nie w potrzebie uszanowania obecnego, polskiego statusu Malborka oraz polskich starań – wielkich nakładów finansowych nie wyłączając – aby przywrócić obiekt do dawnej świetności lecz w naturalnej konieczności uwzględnienia niepodważalnych faktów. Na dowód kilka z nich: Po pierwsze: Zakon krzyżacki, mimo swojej pierwotnej nazwy (założono go w 1190 roku jako „Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego”), nigdy nie był formacją stricte niemiecką. Tworzyli ją rycerze reprezentujący wiele państw europejskich. Dość powiedzieć, że gdy 7 czerwca 1457 roku król Kazimierz Jagiellończyk przejmował zamek pod polskie władanie, jego „kontrahentami” po drugiej stronie byli… Czesi, tworzący wówczas najsilniejszą formację zbrojną zakonu. Nie od rzeczy będzie również wspomnieć w tym miejscu, że wraz z dążeniami kolejnych wielkich mistrzów do większej integracji zakonu z niemieckimi państewkami rozpoczął się proces osłabiania jego potęgi, aż do zupełnej marginalizacji. Po drugie: Pod władaniem Krzyżaków, Prusaków i Niemców zamek malborski pozostawał łącznie 365 lat, natomiast pod władaniem Polaków – 379 lat, czyli o czternaście więcej… Cztery wieki pod polskim władaniem to wystarczający argument za, przynajmniej równorzędnym, rozłożeniem akcentów polskich oraz krzyżacko-prusko-niemieckich w doborze ekspozycji na zamkowych salach. Zwłaszcza, że polscy gospodarze zamku malborskiego w osobach choćby królów Zygmunta Starego, Stefana Batorego, Zygmunta III Wazy, Jana Kazimierza czy Jana III Sobieskiego z królową Marysieńką wzbudzają daleko mniejsze kontrowersje – także w oczach obywateli państw Europy zachodniej – niż np. król pruski Fryderyk II Wielki czy cesarz Wilhelm II. Tymczasem na malborskim zamku śladów polskiej obecności ubywa w tempie zastraszającym i... zastanawiającym. 

Po trzecie: Oprócz Szwedów najeżdżających Polskę w XVII wieku, największymi niszczycielami zamku w Malborku byli… Prusacy i Niemcy. Pierwsi po zagarnięciu Malborka w wyniku I rozbioru Polsku (1772) uczynili z dawnej krzyżackiej twierdzy koszary i magazyny, po czym wzięli się za jej… rozbieranie na cegły. Drudzy pod koniec II wojny światowej obwołali ówczesny Marienburg twierdzą, a z samego zamku uczynili bunkier nafaszerowany najcięższym uzbrojeniem. Postawiono w nim m.in. 80-milimetrowe działo, które zniszczyło około 40 czołgów Armii Czerwonej. Liczenie, że w takiej sytuacji Rosjanie oszczędzą pokrzyżacki zabytek i pójdą dalej na Berlin, pozostawiając za swoimi plecami uzbrojone po zęby oddziały Wehrmachtu, zakrawa nie tyle na naiwność co na karygodny kretynizm. Jeszcze gorzej należy oceniać przypisywanie Rosjanom winy za 50-procentowe zniszczenia zamku w wyniku działań wojennych i np. tworzenie specjalnych wystaw pt. „Po Apokalipsie” bez jasnego przekazu, kto był jej faktycznym sprawcą. W podobnym duchu należy odczytywać pokazywanie jako „ofiary sowieckiej napaści” przestrzelonego pepeszami metalowego popiersia Paula von Hindenburga, pruskiego feldmarszałka i prezydenta Rzeszy Niemieckiej, który umożliwił Adolfowi Hitlerowi dojście do władzy. To już nie kretynizm lecz jawna prowokacja i naigrywanie się z pamięci ponad pół miliona żołnierzy rosyjskich, którzy stracili życie w obcym dla siebie kraju. Przy okazji – wymowna ciekawostka. Otóż po II wojnie światowej do Malborka, w ślad za Armią Czerwoną, przybyli tzw. repatrianci, czyli obywatele przedwojennej II RP z jej wschodnich kresów. Poza Polakami były to głównie osoby narodowości żydowskiej, ukraińskiej i litewskiej. To właśnie repatrianci stanowili większość mieszkańców miasta opuszczonego przez Niemców. Dzisiaj potomkowie beneficjentów Armii Czerwonej, którzy zamienili kurne chaty za Bugiem na poniemieckie wille nad Nogatem kreują się na „europejczyków” tak usilnie, że aż do utraty świadomości skąd i z kim przyszli oraz kto podczas II wojny światowej robił za kata, a kto za ofiarę. Dzięki temu dzisiejszy Malbork może np. „poszczycić się” aż dwoma miastami partnerskimi w Niemczech i ani jednym w pobliskiej Rosji. Jak mówią Rosjanie: i śmieszno, i straszno… Tekst i zdjęcia: Henryk Jezierski (07.10.2009) |